Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marek Olszewski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marek Olszewski. Pokaż wszystkie posty

25 lut 2012

"Opera świętokrzyska' - Marek (Ciućka) Olszewski


z dedykacją dla Żony – Karoliny Olszewskiej

Operą nie ziarno piasku na pustyni i nie kosmos

poza granicami rodzinnego ogrodu.


Pamiętasz Miła ten czas?

Parujące ciała kochanków pod pokładem Titanica

na kilka chwil przed odpłynięciem czarną aksamitką

poza linię rozbudzonej wyobraźni,

Ty i ja.


A kiedy bawiłem się bladymi dłońmi,

pomiędzy ich rysy wplatając labirynty dróg lokalnych,

spajających dwie obce sobie warstwy kultury,

Ty rozsunęłaś kurtyny teatru bez scenariusza,

by akt nieskończony trwał.


Rozbijały się w ogniu orły, jastrzębie, kruki i wrony,

skrzydłami ścinając głowy sosen, świerków,

generałów, księży i Prezydenta Polski.

Krzyż podzielił braci na tych co z gliny

i masy glinopodobnej ulepionych,

a my wciąż tacy sami.

Pomiędzy nutami zmieszanych oddechów

malujemy pięciolinię opery

pod batutę klucza wielkiej niewiadomej.


Rozpadną się gipsowe figury pańskich ogrodów,

kwiaty zwiędną, ich miejsce zajmie chwast.

Zrównają się zagony młodzieńczych pocałunków

z bruzdami starych zmęczonych twarzy.


Pamiętasz Miła ten czas?

Parujące ciała kochanków pod pokładem Titanica

na kilka chwil przed odpłynięciem czarną aksamitką

poza linię rozbudzonej wyobraźni,

Ty i ja.


A kiedy wracam do podziemi kieleckiego Tesco,

do rogu kawiarenki z Edgarem Poe

i na alejki których szeptem wcierałaś mnie

w beton i granit krajobrazu tego miasta,

słyszę śpiew drżących w tle tajemnicy jutra strun.


I choć milczą już śląskie familoki,

gotycki kościół w Żorach

park, cegielnia i zamknięty dworzec kolejowy,

to wciąż pozostaję tym samym chłopcem

z krwawą różą na ustach, piórem, bursztynem

12 mar 2011

"Alchemia" - Marek (Ciućka) Olszewski



Jak to było z tym przytulaniem, marzeniami,
łapkami którymi się bawiliśmy nim...?

Otóż to!

Oczy niecierpliwie zerkały w oczy,
szukając weń odrobiny siebie,
niemoralnego zainteresowania,
apetytu i obawy - bo jakże tak.

Będziemy tak siedzieć i...

Nie! Usta przeplotły się
w węzeł chwili nie do zapomnienia.
Błękitne motyle rozłożyły skrzydła.
Obawy prysły, gwiazdy zatańczyły,
sok wyparował ze szklanek.

***

Podglądam harfę, co to sama gra
i wsłuchuję się w wypowiedziane już słowa.
Czytam je, miast spać nocami,
kartki przekładam, układam,
starając się związać w logiczny ciąg
- wyższą matematykę dojrzałego związku.
Niestety - jestem tylko alchemikiem,
któremu nigdy nie wręczono dyplomu
z tej dziedziny życia.

03 lut 2010

17 paź 2010

"Jesienne motywacje" - Marek (Ciućka) Olszewski

Słyszałaś świerszcza, w murach

ukrywającego się przed zimą?

Zwiastuje bawełniane dni

na kartkach naszego kalendarza.

Zbudził Cię trzepotem skrzydła

o zwietrzałe ziarenka zaprawy.

Tej zimy zaśpiewam pędzlem i farbą.

Nakreślę na ścianach zwiastuny wiosny

i południków prowadzących do słońca.

A świerszcz? Świerszcz będzie grał.

***

Widziałaś pannę każdego poranka,

rozkładającą białą bieliznę

na dywanie pod oknami?

Przemyka przez źdźbła,

wyczekując kochanka,

który obsypie ją śnieżnymi koronkami

i otuli w falbany martini bianco.

My przy kieliszku burbona

patrzeć będziemy w ogień kominka,

który sobie wyśnimy.

On zejdzie z dachu, a ona...

- Podobnie jak kiedyś my.

***

Poczułaś spojrzenie (nie)znajomego,

ukrywającego się za słupkami płotu?

Sprawdza wytrzymałość granicy

naszej intymnej codzienności,

której i jemu przekroczyć nie wypada.

Tylko koty przemykają przez szczeliny

przyrdzewiałych przęseł,

które na wiosnę odświeżę refleksjami

wytłoczonymi z dwóch ostatnich lat.

(Nie)znajomy? Pozostanie pomnikiem,

przecinkiem w niekończącym się zdaniu

całego alfabetu naszych dni.

***

Czytałaś sny, senne marzenia?

Przeczytaj milczącą rzeczywistość,

wyczekującą Twojego wzroku,

dłoni splecionych, filiżanki

w kącie naszej kawiarenki

i parujących szyb kabiny samochodu.

Nie kupię Ci lepszego jutra, bo świerszcz,

panna zza okna i (nie) znajomy

muszą pozostać na swoim miejscu,

a sny są tylko kwiatem,

który czasami zakwita

w ogrodzie opiekuńczych dłoni.

13-16 paź. 2010

24 lip 2010

"noc supervisorów" - Marek (Ciućka) Olszewski



martwe oko umarło
nie mogło dłużej patrzeć w milczeniu
na wyliczanki małych dzieci z nad piaskownicy
moje ziarenko twoje ziarenko
moje ziarenko twoje

gangrena dojrzewa
pod gotowymi do drapania paznokciami

ślą sobie śnięte ryby ustami
niczemu winnych listonoszy
szepczą
niezrozumiałe dla rozsądku pozytywki
wyjęte z kompostu zwietrzałych kiepów

***

nawet siedem żołądków
nie zdołało by strawić tego
co trawić dane jednemu

***

nie wiem mała
czy mam wystarczająco wiele ramion
by móc otulić cię
przed padającym ze źródła
kwaśnym gradobiciem

nie śmiem ciąć pajęczych nici
utkanych przez ojców i matki

mogę zaśpiewać banalną kołysankę
o brzuszku nie znającym skurczy
o snach które się spełniają
i wielkanocnej wigilii z dobrymi duchami
mogę
ale tej nocy zmory supervisorów ci nie odpuszczą

22 cze. 2010

11 lut 2010

"Pacierz" - Marek (Ciućka ) Olszewski

Boże spraw by znikło zło wtedy powiem że warto było
dla kilku strof tłumaczyć się wszystkim dlaczego mnie napisałeś

tylko jedna prośba

Tomasz Śnieciński



Lecz nim zaśpiewasz mi kołysankę przy krzyżu...

- Wiesz. Tym kamiennym, pod którym się spotykamy.

Muszę nauczyć Cię modlitw znalezionych na całej długości linii,

pod której szukałem Ciebie i matki. Muszę pokaleczyć dłonie.

Wybacz, ale nie zniosę obrazu siebie w Tobie, bez siebie.

Dłonie mężczyzny muszą być zmęczone, szorstkie,

ubrane w grubą wołową skórę. Linie papilarne wypełnione węglem

którym rozpalasz ognisko domowe, ziemią na której uprawiasz dom,

zaprawą - którą ów dom budowałeś i drobinkami asfaltu.

Przecież to Ty musisz wędrować, szukając swojego miejsca,

a nie miejsce... Nie talerz, który sam kładzie się pod nos!

Nie. Nie synu. Nie pozwolę, by ubrano Cię w kiecki i lekką bieliznę.

Nie podam ciepłych skarpetek na dzień dobry słońcu i nie zbiorę

spoconych pozostałości poprzedniego dnia, spod Twojego łóżka.

Nie mógłbym spokojnie napić się wódki ze Świętym Piotrem,

gdyby Twoje ciało miało pozostać aksamitem otulonym w satynę.

Ale najpierw nauczę Cię słuchać. Szukać odpowiedzi w słowach wiatru,

oknach wdzierającej się do domu biedy, którymi można wyjść,

ale nie zbyt prędko, bo należy się z nią zaprzyjaźnić - a kto tam wie,

co licho przyniesie kiedyś, gdzieś. Musisz poznać moją przyjaciółkę.

Niejednokrotnie w życiu się na nią natkniesz - zabierze Ci kogoś bliskiego,

ale Ciebie będzie strzec - jak strzegła mnie, pamiętając dzikie spacery.

Tak synu. Poznałem wiele ciał kobiecych, można je wszystkie zapomnieć,

jednak tego jednego, nie zapomnę nigdy, bo dłoń śmiertelnika przenika

przez coś, co mnie było dane dotknąć i co dotykało mnie.

Muszę nauczyć Cię widzieć drzewa. Nie takie jak sądzisz. Nie te które rosną

i przewracają się ścinane, łamane, albo wyrywane. Prawdziwe drzewa

nie umierają nigdy, kontynuują się Tobą i tym, co urodzisz, napiszesz,

albo zabijesz, zapominając tekstu pacierza wyssanego od ojca.

Musisz o nie dbać i uczyć je modlitw znalezionych na całej długości linii...

Matka nauczy Cię miłości mlekiem płynącym z piersi, wierszy lekkich,

wierszy zawiedzionych, wierszy ze łzą spływającą po policzku

i tych z nutą moralizującą, że to, że tamto i że nie inaczej. Słuchaj matki.

Nie otworzy jednak ran, nie zerwie szwów, by pozostały szerokie blizny.

Nie nauczy Cię z godnością odchodzić z przegranego pola walki

i walki z góry przegranej, której niejednokrotnie będziesz musiał się podjąć.

Taka jest prawidłowość. Słońce nigdy nie popłynie wzdłuż południka,

a kamień upuszczony zawsze spadnie w dół.

Słyszałeś, co śpiewają ptaki? Słuchaj ich. Kiedyś, z wiosną

polecisz jak one. Matka zapłacze, a ja Ci powiem...

Ja Ci nic nie powiem. Ty będziesz czytał moje słowa z milczących ust.

16 sty 2010

4 sty 2010

"R" - Marek (Ciućka) Olszewski



A jeśli czyjaś ręka zbada moje biodra,
niechcący głaszcząc ciało jak przyjazne zwierzę,
dam bierną spowiedź niczym u lekarza...

A jeśli czyjaś mentalność owinie ciepłym szalem
szalone, rude kości. Zwinie się w kłębek, w dłoniach
i zanuci melodię nuconą dotąd w szafie.
Zużyty płaszcz i kolorowe sznurówki wiedzą,
wie szyba dzieląca parapet wewnętrzny od zewnętrznego
i wiem ja, bo poznałem treść Jej szaleństwa
w czarnych jak asfalt służbowej codzienności źrenicach -
równie rozlanych i równie pożerających wszystko wokół.

Sino-blade żebra, biodra krzyczą echem, wypełniając luki
pomiędzy jęknięciami w każdym wypowiadanym zdaniu
i zapraszają na głębokość półtora palca,
pod comiesięcznie wylewającą się fontannę
niespełnionej kobiecości - matki, panny zgwałconej,
połączonej pępkiem z... Łączy się tylko odwłokiem,
głaszczącym beznamiętnie łechtaczkę, w kolejnym razie,
kolejnej psychoterapii i śpiewa bezdźwięcznym płaczem.

Rozpłynie się... Już rozpłynęła pomiędzy granitowe bloki
ulicy Zamkowej i w ścianach Pałacyku,
a ludzie, lekarze, poeci będą deptać, bo już depczą,
przenosząc pyłki Reczyńskiej z gruntu na białe recepty
i równie białe tło niby własnej twórczości.

Ręką niechcący podróżowałem po krzywiźnie
ugiętej rzeczywistości tekstu, poznając bierną spowiedź
spod bardzo depresyjnej sukienki, namalowanej
białą czcionką na czarnym ciele, rzuconego na historię
tego miasta cienia. Zaraziła sobą wszystko, czego...
Co Ją dotknęło palcem, wyobraźnią i gwałtem
wdzierającym się pomiędzy litery Jej poetyc-kości.

25 gru 2009

20 lis 2009

"Cyklicznie" - Marek (Ciućka) Olszewski




Najstarsze topole przy zbiegu ulic
Krakowskiej i Mielczarskiego.
nie pamiętają tak ciepłego słowa,
które równie mocno scaliłoby
dwa tak obce sobie światy.
Nieliczne Akacje ukłoniły liście,
sięgając stóp naszej poezji
i tylko wierzby - jak ta zza okna
jesień - mówią - jesień,
ale one zawsze były beznamiętne
w stosunku do tętna bijącego
z linii wersów przepływających
przerzutniami po strofach.

Lód traktowany chłodem,
pozostanie zawsze lodem;

a przecież gdzieś, w korzeniach
skrapla się śnieg nigdy nie padający
- łzy - co to jak krew, pomiędzy słojami
toczą się, toczą i tyle tylko wystarczy.
Jak ciepłe dłonie i spojrzenia kochanków,
ale wiedzą to tylko topole i akacje
witające w Kielcach ciekawe oczy
badaczy, literaturoznawców i różnych takich
co to zrozumieć by chcieli, a zrozumieć
nie zrozumieją, bo... Ty wiesz.
Mnie to wystarczy.
17 lis 2009

12 paź 2009

"Nie zapomnij nigdy słowa 'Tato'" - Marek (Ciućka) Olszewski




Tak trudno o opuszczenie ciężkich już rolet,
kiedy za oknami kołacze skrzydełko maltretowanego smoka.
Czemu się jemu dziwić?
Kolejna para ostrych ząbków nadgryza silikonowy ogonek
potwora z bajki na dobranoc.

Żeliwne żebra zaczerwieniły się złośliwie,
odbierając oddechowi jego lekkość,
na szybach pojawiły się kropelki rosy,
Mama śpi zmęczona trudnym tygodniem,
a ja jestem Twoim strażnikiem.
Dopilnuję, by smok pozostał smoczkiem -
niech sobie kołacze. Nie zmieni to faktu,
że moje ramiona będą Cię bujać
pomiędzy biegunami północy i południa -
bez tej podróży nie poznałbyś tamtej strony
mojego drugiego ja. To tam odnajdywałem słowa,
którymi czasem ktoś się zachwycił
i które pozwoliły mi się odnaleźć, znaleźć
Matkę dla Ciebie i Ciebie.

Ciii... Skrzydełko opadło... Smok poszedł spać.
A Ty? Harcujesz po moich wspomnieniach
przekazanych z ojcowską krwią.
Zapamiętaj morały tych wszystkich bajek,
byś nie musiał pokonywać ich w realnej rzeczywistości,
bo czasem bolą, rozrywając mostek i skręcając kiszki
wyssanego z wszelkiej wiary umysłu.

Nie obronię Cię przed dorosłością,
ale i nie zabiorę dzieciństwa
na rzecz nieprzemyślanych kaprysów.
Zawsze będziesz mógł powiedzieć 'Tato',
a ja, jeśli nie tu, to gdzieś zawsze będę
i ukołyszę pomiędzy biegunami,
by było łatwiej na całym planie życia.

11 paz 2009

"Nasze miasto... " - Marek (Ciućka) Olszewski




nasze miasto oświetlają lekko przyciemnione latarenki
podkreślające domy zbudowane z kamienia szlachetnego
i wolne przestrzenie poprzecinane licznymi alejkami
wyznaczonymi krawężnikami różnobarwnych kwiatów
nie ma tu ławek dla samotnych pań i panów
dysponujących cudzym czasem
nie ma pokoi bez okien
kamienic z anonimowym numerem
ani tajemnicą okrytych zakamarków
nawet sny rozpisane są na parapetach gzymsach i cokołach

nasze miasto jest skomplikowanym domem
wielu jawnych obrazów i scen

a my

jesteśmy tylko zaprawą bez której mury byłyby gruzem
a chodniki poligonem nieokiełznanych namiętności


6 paz. 2009

8 wrz 2009

"Absynt, pupa i końska kupa" - Marek (Ciućka) Olszewski




Przy pierwszym kontakcie Ziemię Świętokrzyską odebrałem jako skansen - miejsce w którym czas się zatrzymał. Oczywiście dla Ślązaka wychowanego w nad-zbyt rozwiniętym regionie, słowo skansen nie oznaczało komplementu... Rozsypujące się drewniane chaty, strzecha na dachach, nieutwardzone drogi, slamsy, ugór, koń ciągnący zbutwiałą bryczkę i srający na ulicę w samym centrum miasta wojewódzkiego. Nieładnie pisząc, Świętokrzyskie odebrane było jako zadupie.

W jakim ja byłem błędzie. Nigdzie indziej, jak tylko tutaj można usiąść na krawędzi roztarganej ziemi (kamieniołomu - jakich tutaj nie brakuje), wziąć w łapę kamor i posłuchać geologicznej historii całego kontynentu, opowiadanego przez prehistorycznego skorupiaka, czy koralowca.
Tutaj ocierają się o siebie budynki gotyku, renesansu, baroku, socrealizmu, bezduszne klocki lat siedemdziesiątych i te najnowsze - galerie, biurowce i hotele. Choć logiki architektonicznej zabrakło (kontrast wywołuje ból głowy i oczopląs), to w całym tym bigosie można znaleźć kolejną historyczną notatkę.
Ot miejsce, które zaspokaja podniebienia artystów neoromantycznych jak i współczesnych "a'la wojaczków". I jeśli już o kontrastach mowa, to właśnie w Kielcach sąsiaduje przesadne bogactwo z totalną biedą - czyż to nie inspirujące?
Kielce - pępek zielonej wróżki, która rozłożyła swoje ponętne ciało w łuku Wisły na północny-wschód od Krakowa i południe od Warszawy. Gdzie indziej można spijać narodowy absynt w takich ilościach? Wadą pępków jest to, że wpadają tam wszelkie ciuchowe paprochy. Więc zostawię śmietnisko w spokoju i podkreślę walory reszty ciała.

Płynąc wspomnianą Wisłą, oko nie pominie ślicznej krągłości, kuszącej niczym rąbek odsłoniętej dziewiczej pupy. Aż się chce zejść na brzeg i zwiedzić, to, czego zobaczyć ze zwierciadła rzeki nie można. Niestety. Czas rodzi kolejne zmarszczki i rozstępy, a nasi narodowi, nieudolni konserwatorzy zabytków pakują fundusze w rozdymany Kraków, miast do umierającego Sandomierza.
Piersią i sercem regionu bez wątpienia jest zamek w Chęcinach. O każdej porze dnia i z każdej strony patrząc, poczuć można puls, który dał życie Polsce. Pominę architekturę i zwrócę uwagę na ramiona - te wyrastają od 1000, jeśli nie 1200 lat w Zagnańsku. Pomimo usilnej reanimacji ramiona te z wolna umierają, ale czemu się dziwić naszemu Bartkowi. Spoglądając na to co się dzieje w Polsce, ramiona opadają każdemu - nasz narodowy dąb i tak wykazał wystarczająco dużo cierpliwości.

Mógłbym tak w nieskończoność opisywać to ciało - kolejne żebra i kręgi narodowego trzonu (Opatów, Święty Krzyż, Szydłów), oczy i uszy zwrócone w stronę postępu przemysłowego na tym ciele (Ostrowiec, Skarżysko, Starachowice i Końskie). Niestety oczy oślepły, a uszy ogłuchły wraz z wprowadzeniem wolności, demokracji i tzw. wejściem w "lepsze czasy". Zatrzymam się jednak na innej części (i czemu się dziwić), miejscu w którym każdy kochanek naszej zielonej wróżki znajduje upust, wytchnienie i ulgę. Busko-Zdrój - źródło radości i szczęścia o dłoń poniżej pępka (niech pominę fizjologiczne nazewnictwo). Można tu odzyskać zdrowie, utraconą wenę, odnaleźć miłość, posmakować romansu, albo po prostu odetchnąć. Martwi mnie tylko widok dworca kolejowego, który wita przyjezdnych żałosnym obrazem. A wystarczyło by niewielkie dofinansowanie w komunikację lokalną, drogi, chodniki itp... by miasto stało się prestiżowym kurortem zasilającym budżet regionu.

Czytając mój krótki materiał, rodzić się może oburzenie obok zachwytu i słusznie - bowiem to samo czuje się wędrując językiem od palców stóp, po rozdwajające się końcówki włosów głowy, jak dziewiczej i pięknej, tak zaniedbanej wróżki, która w zamian za królewskie szaty, mogła by pozwolić się dotknąć nie tylko palcem wyobraźni.
Marek Olszewski

11 sie 2009

"Przeczytałem dziś, gdzieś..." - Marek (Ciućka) Olszewski



Przeczytałem dziś, gdzieś o kraniku z suchym noskiem.


Przypomniało mi to, że w całym tym zabieganiu
zaniedbałem trzy podstawowe litery,
budowane latami ze znalezionych kamyczków,
ziarenek piasku i pyłków wykradanych wiatrom.

Nikle mojej łazienki nie tyle są zwilżone,
co łzawią wapiennymi kropelkami,
pozostawiając trudne do usunięcia blizny.

Odbijają echo nieprzespanymi nocami,
wbijając się w kofeinowe myśli o kolejnych rachunkach,
piętrzących się bezlitośnie na biurku.

Ciche, tętniące równym pulsem echo.

Zaniedbałem obrazek, samotnie tulący się w siebie
na pogniecionym prześcieradle.

Nie pamiętam, kiedy po raz ostatni zakryłem go kocem,
przed podglądającym bezczelnie chłodem
i kiedy przelewałem ostatni raz jedwabne kosmyki,
rozkoszując się ich ruchem po moich liniach papilarnych.

Trzy litery stały się już tylko miękką kanapą,
do której uciekam od zmęczonego dnia,
by nie spać nocami i szukać na białej kartce sufitu
odpowiedzi bez odpowiedzi.

Ciężkie drukowane cyfry krzyczą z rozerwanych kopert,
przygniatają tak prosty sens i jeszcze prostsze rozwiązania,
a ja wylewam słowa w wiersz, choć nie o słowa tu chodzi,
bo wystarczą milczące szepty bliskich oddechów i spojrzeń.

Przeczytałem dziś, gdzieś swoje zagubione marzenia
i morał, że nigdy nie jest za późno, na zamknięcie okien
i zatrzymanie uciekającego w milczeniu wiatru,
którym głaszcząc krawędzie bioder,
odbudzę zziębnięty alfabet jedynego prawdziwego słowa.

08 się 2009

5 sie 2009

"Teatr niezrealizowany" - Marek (Ciućka) Olszewski




Zatrzymaj czas, spójrz w lustro i wróć!

O co ja proszę. Nie tylko znasz swoje odbicie,
ale patrzyłeś nim poprzez siebie.
Byłeś również własnym cieniem,
zamiatającym za sobą/Tobą ślady nagich stóp.

Zrozum kobietę! Przecież patrzyłeś na świat
oczami czarnego psa, rodzącej i bestii.

Byłeś w miejscach, które się nie wydarzyły.
Piłeś wódkę na brukowanej krakowskiej uliczce
w towarzystwie skorumpowanego Szemkiela,
piłeś z Jezusem, a Matka Kurwa...

Byłeś nagi!

Pozostawiłam Cię Tobie/sobie pod Równicą,
nad Jeziorem Czorsztyńskim i niejednokrotnie...
- nawet nie wiesz ile razy rozciągałam dla Ciebie
zbyt ciasne i płynące pod prąd asfalty.
Nawet nie wiesz, dlaczego zamiast dziwki
na poboczu stał Indianin. Wiedzą ci, którymi byłeś.

A Ty ubierasz się teraz skórą niemowlęcia,
nosisz w ramionach cielesne dziecko
cielesnej kobiety i żyjesz.

Widziałeś kiedyś pomnik ojca?
Poety, twórcy, grajka, barda, myśliciela, ale ojca?

Drwisz sobie ze mnie, że skłócić trzewi nie mogę,
kartki zdejmujesz ze ścian w nadzwyczajnym spokoju
i piszesz wiersze o miłości.

Kurwa mać!

Stworzyłeś świat poza zasięgiem jakiejkolwiek logiki,
a teraz stąpasz po pospolitej ziemi i cieszysz się
każdym krokiem, muśnięciem i ciszą.

Pamiętasz Starego Boga - tego z czwartego piętra?
Mogłeś pociągać za sznurki, nadawać kształty kończyną,
a Ty klękasz przed krzyżem i wyznajesz żal.

Mijasz mnie i jedyne co czujesz to niepozorny dreszczyk.
Potrząsasz ramionami i strzepujesz niczym pył
- nic nieznaczący proch zdradzonej kochanki.
Byłam Ci bursztynem i rubinową kredką,
malowałam Ciebie, Ty mnie dotykami,

a teraz na scenie tańczę tango na jedną parę stóp.

26 lip 2009

"Rdzawy, czarna i stara, szara sowa" - Marek (Ciućka) Olszewski



Płaczą zmęczone strychniną trzewia,
zdejmując dłonie z kierownicy,
gdy słyszę słowa ponad słowa,
będące krzywym zwierciadłem.

Milczę w echu zwątpienia,
któremu obce są uderzenia tłoków
i frezujące piastę łożyska.
Milczę nie żałując tłustych łez,
bowiem na tej mikronowej nici
można unieść więcej niż napisano.

Można,

jednak czy ktoś to zauważa?
Jest mnie zbyt wiele,
gdzie być nie powinno,
choć bez tego nie było by nic
i nawet ściany straciły by kolor,
jak podrdzewiały kaloryfer z toalety.

A może to ja już oślepłem?
Szukam zbyt wiele
i ponad wartości, wartością nie będące.
Może nie ma już nic
i leżę pod zbutwiałym krzyżem rowu?

Może,

Ale czy to coś zmienia?

Zegar nie kręci się naturalnie,
wskazówka ściera znaki i symbole,
pozostawiając białą plamę minionego czasu
- jak gdyby nic się nie wydarzyło
i tu rodzą się wątpliwości sensu,
na kanwie opowieści i przykładów
widzianych ostatnimi dni.

Po co? Jak i po co ten wiersz,
którego puentą jest tępy wzrok,
podróżujący krawędzią ostrza brzytwy?

To rozumie chyba tylko rdzawy kot,
z czarnej wstęgi o białych obszyciach,
który najwyraźniej sczytał głębię źrenic
i mała-czarna, nie pasteryzowana, grzeszna,
z woalką na karmazynowej krawędzi
po niewłaściwie zerwanej banderoli.

A stara sowa?

Stara sowa jest jak szara, tak gruba
i swoje po swojemu wie.
06 lip 2009

4 lip 2009

"(...)dziesiąt ileś wersów wyjętych z roz(coś tam) kartek kalendarza" - Marek (Ciućka) Olszewski



Zgubiłem tysiąc dłoni, dotyk,
słuch rozchodzący się po kościach.
Ten sam, który piszczele macerowały w czarny atrament
i wylewały kroplami słów.

Zgubiłem oko czoła,
spojrzenie w głąb macicy skały, ziemi słońca
i ciała każdej wykorzystanej chwili
(bo to były tylko chwile).

Nawet klepki parkietu nie są już takie same.
Nie chodzę już boso,
nie kaleczę stóp o szkiełka kolorowych wieczorów,
noże wystawiające ostrza poprzez wąskie szczeliny
i słoje pulsujące wolno zabijającym arszenikiem.

Bestia ze sceny trzech teatrów nie jest już kobietą rodzącą,
nie rozkłada nóg dla gwałtu
i nie spija krwi z drobnych ramion, żeber i obojczyków.
Bestia nie jest już nawet ojcem-trumną,
a córka... Teraz już patrzy tylko z odległej przeszłości.

Kartki opadły ze ścian jak jesienne liście,
słowa spełzły, pozostawiając za sobą ślimaczy śluz,
a Bóg (ten z czwartego piętra) się wyprowadził.
Tak. Wyprowadził się, bo nie mógł znieść,
że zabrałem mu lniane sznurki,
którymi pociągał litery życiorysu.

Otwórz okno i wyjdź!

Nie trzeba jałmużny natchnień,
haraczu za powielanie tego co i tak istnieje,
bo przecież nie tworzyłem tego świata.
Więc po co mam o nim pisać.

Zgubiłem tysiąc dłoni, oko czoła
i nie cierpię za miliony dusz na brzegu jeziora
(tego przy którym krystalizowały się kwiaty).
Nawet siostra-mroczna-grzeszna-dziewczynka
zabrała swój plecak gangren z klimatu,
bo wszystko jest już inaczej...

Relikt został wyniesiony na ołtarz
jako świadectwo dojrzałości
i stał się bezwzględną religią.
A czy zostanie słowem?
To już tylko wola Ducha Świętego,
bo nie ja go będę uczył sztuki poezji pisania.

Tancerka tańczy na arenie jedynej dłoni,
a ja wsłuchuję się w melodię stóp
i staram się wyjąć zeń choć jedną nutę,
którą mógłbym zakwasić tak rzadkie już impulsy
wersów, strof z widzialnym-niewidzialnym rymem.

Tancerka. Ta sama, którą mogłem zobaczyć
w reflektorach nocą świecącej włocławskiej rafinerii
i ta sama, która spadła, jak nieprzewidziany deszcz
(bo też wtedy tańczyła w zdaniach mojego życiorysu).

I to się nie zmieni, dopóty nad granitem
nie zamieni palca dla złotej obręczy.

...

Znów ktoś odpisze, że śmierdzi tu prozą,
że zbyt roz(coś tam), zbyt wiele słów
i że nie gramatycznie, a pointy wyraźnej brak.

Nie stanowi to pięciolinii dla moich nut,
bo one dźwięczą swobodnie jak i to co jest mną.

04 lip 2009

21 cze 2009

"cztery ściany i supervisor" - Marek (Ciucka) Olszewski



na zamkniętych oknach zraszają się ciężkie emocje
wydychane każdym zakłamanym słowem
pozornie pozwalają się dotknąć
i malować palcem po sobie obrazy
jednak każdy ciepły dotyk uwalnia
zamkniętą w oparach gangrenę
spływającą do gnijącej nabrzmiałej ramy

któregoś dnia szyby strzegące przed chłodem
wyjdą poza drewnianą orbitę
bo nie inaczej zakończyć się może pozostawianie cienia
w cieniu własnego wielkiego ja
brak słońca za plecami supervisora
płodzi w zdradzie małżeńskiej obsesje i paranoje

chore myśli odbijają się o ściany
pozornie zamkniętego pokoju
drzwi już dawno się wygięły ssąc parującą wydzielinę

***

już nawet silikatową farbą
nie zdołałem pokryć
pocącego się żalem sufitu

***

a ty wiesz maleńka
że ja też miałem swoje cztery ściany

nie pozwalałem im się spocić
okno zawsze było uchylone
a noski pudrowałem im słowem wyjętym z marzeń

rozłożyły się jak bukiet kwiatu
i pozwoliły tobie usiąść
w centralnym punkcie pokoju

a ja jestem tylko małym człowieczkiem
który nigdy nie przysłoni sobą cienia

drugiej połowy każdego kolejnego dnia
20 cze 2009

13 cze 2009

"na ramię kobiecości" - Marek (Ciućka)Olszewski


nie zapominajmy że choć kobieta
zapala ogień lampy rodzinnej
mężczyzna tłoczy weń olej
z ziaren surowej codzienności

i choć niebo każdej nocy
wydawało by się takie samo
on pręży się w dystansie gwiazd
względem żony i śpiącego dziecka

nie zapominajmy że stół
nie ma jednej krawędzi
przeznaczonej dla jednego krzesła
a obrazem bezpiecznym
jest ten oprawiony w ramę



pamiętajmy że trzon każdego drzewa
stroi ozdobna korona
a utrzymuje ślepy oku
węzeł życiodajnego korzenia
02 cze. 2009

22 maj 2009

"Tkacz intymnych gobelinów" - Marek (Ciućka) Olszewski




...żonie

Podglądałem Cię nocą okiem dziurki igielnej
(widać drobniejsze rysy marzeń).

Słońce spływało z czas wstrzymujących antyramek,
zawieszonych tuż nad łóżkiem.
Przenikało przez pory skóry
i lśniło kolorem bieli odbitej w złocie.

Jest taki sennik, który interpretuje te barwy.

Pierwsze jego sceny sczytywałem z rzęs,
w blasku świec przepuszczonym przez soki owocowe
i kiedy mnie czytałaś palcami poprzez włosy
(gdy zamarłem ulgą na kolanach).
Również w parku z zatopioną w porzeczce miętą,
kiedy dzióbnęłaś mnie przed zwierciadłem odbijającym noc
i za dnia, gdy studziliśmy łzy, topiąc nektar malinowy
w porcelanowych, cejlońskich naparach.

Sennik scen - tęcza, której żaden z kolorów nie jest obcy.

Podglądałem Cię nocą i podsłuchiwałem pulsu
(bezpiecznie wygrywającej dźwięki pozytywki).

Obawy o nowo posadzone drzewo
przeplatały się z gwarancjami dobrej pogody,
wiatru studzącego nadmierne słońce i łez,
które nie raz zwilżać będą spękaną ziemię.

Bo wiesz, że choć nie będzie łatwo na folwarku,
sprzyjających kart rozdawanych przez dobrego Boga
nigdy nam nie zabraknie...

Odcina je kolejno, za nasze nienaganne intencje
(pomimo, że nie składamy pokornie dłoni).

A teraz śpij, ja popatrzę jeszcze okiem dziurki igielnej
i splotę wrażenia w płótno, którym o świcie nakarmisz rzęsy.
16-18 maj 2009

10 maj 2009

"59 kresek w słupku wierszem zwanym" - Marek (Ciućka) Olszewski




Byli tacy na oceanie życia, co to gwoździami grubymi
(jak tęga baba Ślązaka)
ramy zbijali dla słowa... Manifesty poezji pisania tworzyli.
Zasady, reguły, bajki i bzdury wyssane z zagrzybionego palca
prywatnej paranoi i nabrzmiałego ego.

W dupie to mam żabko zielona.

Widzisz ślady stóp moich na tym całym bagnie?
Byłem, widziałem, liści i szos szepty słyszałem.
Kryształki piasku uczyły mnie artyzmu
(co by to znaczyć nie miało), a znają więcej prawdy,
niż pamięci jest o jakimkolwiek filozofie, logiku, czy znawcy.

Ziarenek dzwoneczki słuchać będę. Koron złoto-czerwonych,
śmierdzącej ryby z piekarnika martwej Sylwii,
sowy spasionej siedzącej na furtce z literką F,
lipy, wróżki przypalanej przez inkwizytora na kostce cukru,
krawężnika i psa z kulawą nogą, obok leżącego.
Ciebie i (egoistycznie) siebie...

Toż to właśnie siebie, jak powyżej napisałem,
bo sobą pozostanę w każdej swojej notatce.
Nie mnie udawać Artura, Rafała, czy (broń Boże) Adama.
Dotknąłem tyle, że na resztę życia wystarczy,
a tu zza okna kostka brukowa drze ryja o poranku,
słońce wślizguje się po parapecie,
Ruda Dziewczynka zdejmuje szaty swoimi słowami,
ukazując inspirujące motywów żebra, żona, syn,
mroczna siostra-poetka z plecaka trzech siódemek
(ta co mi łazienkę gangreną obsmarowała),
czarnowłosa mara ze snów i każda kropelka farby
zużyta do pomalowania ścian.

Tak, żabko zielona.

Cztery ściany i sufit mogą nakarmić mocniej
niż cała księgarnia podręczników sztuki się kochania,
kochania się w sobie i tym co nas otacza.
Bo słowo jest miłością wrażliwą i ciepłą, a nie suchą nitką,
plecioną wyuczonym ruchem dłoni.
Jest pulsem nieumierającym, reliktem i bursztynem,
który zamknął w sobie czas.

Ale o czym to miałem pisać? O manifeście? Paranoi
z zardzewiałego garnka z ogórkami, liśćmi porzeczki i jabłkami
(tego spod antresoli w Gdańsku, w którym się raki gotowały
do nieukończonego nigdy majonezu)?
Sztuce przelewanej litrami po bocznicy w Grudziądzu?
Ziomalu z Nowej Huty z tatuażem ‘Slayer’,
który więcej wiedział o poezji, niż jakiś kretyn
organizujący warsztaty dla świeżokrwistych sztukmistrzów?

Przybijanie wizytówek z tłem większego kalibru.

Najprawdziwsze słowa o całym tym trzepaniu kasy
wokół sztuki i poezji wypowiedział mój przyjaciel z Pragi
(później Saskiej Kępy):
‘To wszystko gówno!’, a bo ‘gówno’ przecież..
Ślady na całym tym bagnie utrwaliły się na zawsze
i nie trzeba papierowego utrwalacza,
ugotowanego na własny koszt - sam się ugotuje,
kiedy kur zapieje moimi słowami,
a ja przygryzę korzonki mandragory rosnącej pod marmurową płytą
(tą na której córka (jak Bóg da) majtać będzie nogami).

Synek (na póki co) patrzy na mnie jak na debila,
bo czas zmienić pieluchę, a ja się bawię w pisanie o pisaniu
i czas marnotrawię... Bo na po chuj to komu?
10 maj 09

24 kwi 2009

"Bo ziemia powitała mnie najprawdziwszym słowem" - Marek (Ciućka) Olszewski



Pierwsze szepty kieleckich alejek,
przemieszane z obrazami i... Pisałem o tym wielokrotnie.



Na Jesiennej dywany zawsze są takie same.
Drzewa. Nawet jeśli je wytną, to pozostaną.



Rodowici mieszkańcy znają ich imiona z fałszywych tabliczek,
ja zeskrobałem je z drżenia krawężników.
Betonowe molochy wokół Sandomierskiej
są tylko iluzją widzianą ludzkimi oczami.
Wystarczy uklęknąć, wbić dłoń w asfalt
i przesypując ziarenka wiekowej ziemi słuchać
opowieści królów spacerujących pod złotymi sklepieniami.

Przez park przebiega Krucza.
Czarne ptaki nie milkną nigdy,
dzień zawsze pozostaje dniem, tłumionym koronami dębów i klonów.
Nie prośmy doczekać w tym miejscu nocy.
Duchy i koszmary niech lepiej pozostaną
pod zadeptanymi kamieniami.

Wilcza krzyżuje się z Aleją Kamienic.
Nieistniejące latarnie strzegą przed mnichem ryjącym imiona w granitach,
zaś wilki wyczekują głupca, który się zapuści tutaj po godzinie dostępu.
Ktoś otworzył ranę na starym rynku nieopodal
- szept przestał być szeptem,
dzwony podkreśliły cierpienie stosów zwłok ludzkiej paranoi,
których krew wsączyła się w ciało tego miejsca.



Rodowici mieszkańcy nie poznając map podziemnych cieków,
skrzyżowali je sztucznymi arteriami i zdusili betonowymi piramidami,
które od formy grobów żywych ciał uciekły już dawno.


Nie szanuje już nikt świętości zapisanej w historii tego miejsca,
po której winno się chodzić wyłącznie bosą stopą.
Nie zna już nikt opowieści pierwszego człowieka z nad Silnicy,
który nie przestał przecież opowiadać,
pomimo iż pył pokoleń ludzkich błędów zapycha mu usta.

I choć Jasna przebiega równolegle do Ciemnej,
rodowici mieszkańcy spacerują czarnym asfaltem,
by czyste ziarenka kruszcu nie wpisały im prawdy
w podeszwy okrytych sztuczną skórą stóp.
18 kwi 2009

26 mar 2009

Modlitwa podsłyszana w kuźni


Złożyłem trzydzieści cztery bursztyny, kolejnym jest diament...

Widziałeś Ty Panie brylant odlany z dwóch odcieni człowieczych?
A widziałeś kowala, który te dwie areny spajał?

Mówili, że to stać się nie może, że sen nie ma pokrycia
z rzeczywistością i bajka pozostaje zawsze bajką.
Podpisali akt zgonu, gdzieś pomiędzy poboczem a butelką
i podśpiewywali ballady o zmętniałych promilami bursztynach.

Sączyli jad ustami, a moje kryształki lśnią,
jak gdyby były płynnym sokiem sączącym się z ociosanej sosny
i wieńczy je kamień węgielny - czysty jak łzy matki,
z której go wydarto. Bezbarwny, choć zawiera wszystkie kolory,
jakie przepływały przez nasze ziemskie ciała.

Ognia w moim piecu wygasał nie będę.

Na póki Bóg pozwoli, powstrzymam latające piaski,
by nie próbowały zarysować młodego, miękkiego jeszcze szkliwa.
Na póki pozwoli... przejmę w swoje dłonie iskry i ognie nieokiełznane.

Widziałeś Ty Panie dłonie kowala?

Jego linie papilarne będą rozwinięte o dwa dodatkowe wersy rodziców.
Dwa tak różne eposy, o tej samej poincie.

I kiedy uznam, albo też uznasz Ty, nim ostatnie szkło zastygnie,
a jądro zabije silnym, stabilnym pulsem,
pozwolę, by przyjął chłosty codzienności zza drzwi warsztatu.
By otarł się o chciwych kupców, bardów zakłamanej poezji
i bogów, którzy sami się bogami określili.

Pozwolę, by przeniósł kowadło z północy na południe,
a w młocie wymienił trzon - on będzie mi kowalem,
a ja pozostanę tłem w nowym obrazie, nowego artysty.
14 mar 2009