Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert Wieczorek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert Wieczorek. Pokaż wszystkie posty

18 sty 2010

"maraton" - Robert Wieczorek



biegnie do mnie dziecko. jeszcze zdążę
na kolorowym kartonie wykleić makietę domu,
zaszczepić psa, naprawić spłuczkę. nauczę się
mówić smacznego w kolejnym obcym języku.

gdy się zastanowić, to wszystko bywa nieprawdą:
wiatr, zatrzaśnięte w kamieniach owady, jazz,
przypadkowe elementy układają się w ciągłość wydarzeń
i miejsc. rzucamy kotwice, czekamy na cud.

panna z obrazu jest daleko, nie widzi
jak coraz częściej opieram wzrok o gałęzie.
ech, teraz żałuję, że nie umiem grać na gitarze,
zgasiłbym światło i grał. dziecko przybiegnie.

zabierze.

10 sty 2010

"suszone owoce" - Robert Wieczorek




madame madame nie ma swojego ulubionego miejsca
najczęściej siada pod parasolem rozściela kocyk
oddycha miejskim powietrzem dziecięcej piaskownicy

powiedzmy że życie toczy się obok
napięta młodość wiruje na osiedlowych karuzelach
zmienia kształty jak piwniczne cienie

strach ma świetny słuch do modlitw
zjawia się pod postacią nieznajomego z drożdżówką
szarmancko uchyla kapelusza i nie wiadomo czy jest prawdziwy

madame madame poprawia wstążki
czarne czerwone płoszą ptaki nasz osiedlowy strach na wrony
pan zapala papierosa mruży oczy ma kochankę

na razie pachnie jak brzoskwinie

4 sty 2010

"siedzę w czapce" - Robert Wievczorek



mówisz już do mnie jak wychowawczyni na wywiadówce,
zamknij lodówkę i chodź, chodź do mnie.

przymierzymy rękawiczki na zimę, wyrwiemy kilka kartek
- jest tyle niepotrzebnych książek pod sufitem -

pobawimy się w dworzec. ty się spóźnisz, ja nie poczekam,
stojąc w oknie zjemy płucka i bigos. w ugandzie zabijają gejów

czytasz na głos komunikat o wojnie. wypuszczę papierowy samolot,
bomby spadną na obie strony. poza tym - chłodno.

zamknij wreszcie lodówkę.

5 sie 2009

"kilka zmyślonych kieleckich historii" - Robert Wieczorek



siadał na przystanku na buczka - nigdy nie mówił
p a d e r e w s k i e g o. dawał dwa złote menelowi
spod monte carlo, zlatywały się gołębie. parzyło
słońce odbijane w dachach banków. spluwał.

był żydem z obcym akcentem, chodził wzdłuż silnicy
obok sphinxa, azteca, przy salonie sukni ślubnych,
barze szybkiej ryby, przy skarlałym żywopłocie
zrozumiał, że pomniki to nie wszystko. wrzucił grosz.

młody miał nóż. nie bał się. inni też się nie bali.
zwykła wojna o flagę, o to, kto pierwszy
stanie na stercie desek. młody poszedł z nożem na miasto,
żółto czerwony chłopiec z placu broni aż po grób.

piękne kobiety i wspaniali mężczyźni cudownie
spędzają czas. idą ulicą sienkiewicza, przechodzą
na plac artystów. w wózkach pchają przyszłość,
z kruchych wafelków ścieka woda śmietankowa.

miasta nanoszą się w nadrzecznych zatokach,
oblepiają mułem drzewa wokół wzgórz. miasta
tak łatwo mogą znów stać się pustką zastygłą
w kilku przesadnie dopieszczanych skorupach.

nad wszystkim latawiec jak płetwa rekina
tnie niebo na miejsca i czas.

12 kwi 2009

"CHIŃSKI WIEŚNIAK DAWNO TEMU" - Robert Wieczorek


nie szedłbym gdyby nie żal
że może zmarnować się drzewo, które niosę na plecach.

wiosna zmieniła rzekę, zerwała mosty, wiosna,
o której mówią, że jest przebudzeniem. był ktoś,
kto chodził po wodzie, był ktoś, kto umiał latać.
tak mówili przy ogniskach. to dla nich dźwigam ten ciężar.


by mogli snuć opowieści, by można łatwiej zasypiać,
by zwierzyna nie była surowa. za wzgórzamiw
patrują się w dym i nie są samotni. mierzą znaki
jak buty i biegną. z czasem droga staje się krótsza.

wciąż niosę dla nich drzewo i już dawno wzięłaby mnie rzeka
gdyby nie ten żal.

28 lut 2009

na wolności


w domu wita go szkielet psa. jak długo wył –
ostatnia myśl zanim zasnął na futrze rzuconym na podłogę.
tyle po niej zostało.

po wszystkim. chciał zanurzyć się w rzece,
widział to dawno w amerykańskim filmie - ciemne wody hudson
i białe ciało. kontrast, oczyszczenie, niepewność.

nadzieja. oglądana z każdej strony, wytarta jak srebrnik.
czas zatruł źródła, już brakuje sił by uwierzyć w odkupienie.
liczy psie kości jak własne.

16 lut 2009

Ulica wdowia


tej zimy chciały być młode. rozchylały w oknach firanki,
chowały do szuflad obrazki z bolesną. planowały
radosną wiosnę.

nie szyły psom rękawiczek, nie biegły na każdą żałobę.
pamiętały co ważne lecz też chciały wiele zapomnieć.
choć trudno.

zaczęły kupować mrożonki, pisać wspomnienia znad morza.
ciągle się wstydzą, że kiedyś były nagie
i było im dobrze.

tej zimy wiele razy kręciły się w kółko. w starych sukienkach,
tylko dla siebie. przyjdzie wiosna - mówiły cicho,
coraz ciszej.

27 sty 2009

Obcowanie


nie ma mostu, po którym lęk przechodzi na drugą stronę.
zostaje w nas na zawsze, schowany w sennych fantasmagoriach,
w drżącym charakterze pisma. kap, kap, kap. idzie strach -

dziecięca wyliczanka zasiedziała w pamięci długotrwałej,
rozbiegana ze śmiechem zanim zaczęło się całować pod kocem.
a w cieniu - zmarła kobieta obiera ziemniaki.

to przenikanie jeździ autobusem czterdzieści sześć,
córka opowiadała mi historię o niewidzialnych kasujących bilety -
ona też ich widzi, mc donald nic nie zmienił.

nie ma wysokich klifów, nic się gwałtownie nie urywa.
w deszczu nie pasuje nam jakiś szczegół, odwracamy głowę, znika.
zostaje tylko poczucie niespełnionego dotyku

by na zawsze schować się pod skórę.

Razem z kłębkiem


kołysze się cudza samotność
drżącą nutą z teleturnieju

my tylko patrzymy zza rogu, spod parasolki,
albo ironicznie roześmiani prosto z łóżka,
jak długo w oknie się układa skórka z jabłka,
jak długo się smaruje kromkę chleba

w końcu kogo obchodzą polskie seriale,
my mamy w żyłach prąd i kopiemy po jajach, że hej!
to życie czarno - białe, te zmarszczki
wyliczane wzrokiem po lustrach

a nam w stawach już gnieździ się strach,
i alzheimer, i ta cała daremność

sekcj


wdech i wydech. cisza jak w pompejach
gdy pierwszy popiół sunął po stoku. mgnienie.
cień na posadzce. w skorupie rozbitego dzbana
kropla wina dająca złudzenie zwierciadła.

paraliżuje mnie prostota rzeczy nieuniknionych.
kończy się grafit ołówka. bazgroły. a w oknach
przyglądają się pyszne obrazy. już łatwiej dobrać
kolory do słów. lecz zabraknie. zamknę oczy.

tylko tyle. nie znam innego świata. rozbiorą
mój żołądek na części. nie będzie już żadnej
tajemnicy. chleb jak chleb. pomarańcza. skalpel
chłodny jak źródlana woda. otwieram się.

płynę.