Plemiona rozstąpiły się
Koczownicze życie chatą marzeń o planecie innej
Zastąpione zostało
Stopy prowadzące do latarni
Zagubiły trop
Zagubiły mapę złudzeń
W bieli zamieci przerażającej -
Jak słowiki drżące o poranku wiosny
Gdzie obietnice wobec drzew
Złamaliśmy
Gdzie mlecze zamroził oddech
By serce w nich nigdy nie odrzuciło puchowej pierzyny Wiecznego Śniegu
Wiecznego Zagubienia
Wiecznego Zatracenia
Zapomnieliśmy o czasie
Z którym kolejne traktaty
Podpisywaliśmy
Wołanie o pamięć i sen wieczny
Jak echo z kamienia na kamień
Po górskim strumieniu
Skacze
Zapomnienie wiele razy zawitało w bramach
Cmentarzu Dębów
Zawiedzenie tylko kolejnym wersem wypisanym
Na ziemi skostniałą gałązką
Odrzucenie po raz kolejny spadło
Na igły zmrożonych traw jak zgniłe jabłko
Ciemna nimfa przebiegła jak nieme ostrzeżenie
Głos zza krzaków porzeczek
Ile razy liść może wybaczyć?
17 kwi 2010
"Przymierze"- Aleksandra Naumowicz
"Dąb" -Aleksandra Naumowicz
Zamglone promienie słońca zawisły nad suchym, uśpionym dębem. Masywny pień wypełniał pustą przestrzeń wzgórza pokrytego zieloną trawą – w środku podsycaną szaleństwem ziemi. Źdźbłowe igły odbijały uśmiechnięte pod mgłami niebo.
Za wysoko dusze pokryte były pyłem, by dosięgnąć mógł kwiat choćby jeden.
Za zasłoną poranka wisiały bezwładne gałęzie, błyszczące wilgocią po upojnej nocy. Liście - słabe, chorowite, zżółkłe, brązowe, zgniłe. Spadały nierówno na korzenie drzewa, poruszone tchnieniem mgły. Wiatr wiał mocno. Siał zapomnienie dookoła aury mocy, niezłomności dębu – o kruchej podstawie oraz pustocie w środku. Dąb zdawał się wydawać co chwilę krzyk tak niemy, że niewidoczny dla nikogo był. Zachłyśnięty wodą spod nierównej, spaczonej, paradoksalnej ziemi, dławił się nią. Czasem dłużej, a wtedy jęk głuchy, przeciągły, a i wołaniem o pomoc przepełniony, przez płuca wydawał. Czasem też krótki był – jak chwila niepowracająca nigdy, zabrana do krainy historii nieprzeniknionej. Działo się tak od długiego, martwego i niewidzialnego w swej próżni czasu. Liście przechwyciły wieści przeróżne, szlaków posłańców kolorowych oraz wojsk białych i czarnych. Zamieszanie i obłęd dziwił nie tyle samo drzewo, ale i sentyment mistyczny w środku pnia spoczywający. Szarość, szarość, szarość mgły otaczającej pola dookoła. Bawiącej się z promieniami psotnego słońca.
~*~
Zamilkło nagle wszystko. Stanęła ziemia. Stanęło słońce. Głuche odbicia materii wybijały rytm uczuć. Wiatr zamilkł na wpół nożem przecięty. Trawy omdlały, spoczywając w uścisku losu. A dąb stał majestatyczny, podniosły jak zazwyczaj. Tyle, że teraz wszystko widziało. I krzyk rozdarł martwą atmosferę powietrza zgniłego. Tyle, że teraz wszystko słyszało. Fala przetoczyła się przez morze poranka daleko w świat. Za Wielką Wodę. Za wiele lądów. Tyle, że teraz… Poczuło.
~*~
Słońce pobłyskiwało wesoło wśród igieł mgielnej zieleni, bawiąc się kolorami kwiatów. Wiatr łagodny przemykał na palcach, podskakując w rytm dnia. Chór szat przebił się przez niebo. Zapomnienie chwilowe, ponadczasowe, ponad umysłowe, ponad uczuciowe - dusiło się tłokiem szarości.
A kolory przemykały – odległe, nieuchwytne.
A szyderstw przemyślanych gąszcz wyrósł na potęgę.
A niewypowiedziane słowa,
A niewykrzyczane słowa,
Tliły się iskrą suchej jak pustynia w głębi nadziei.
A czy ktoś zamyślił się na moment o czasie tym samym, gdy godzina wybiła druga?
Dąb zapłakał. Ale tak, aby nikt nie słyszał, ani widział. Tak cichutko, poruszając liśćmi ostatnimi. Które spadając układały się łagodnie na korzeniach.
Jakby w przekleństwie pięknym pogrążona minuta.
Bo marzeń złapać się nie da. Dogonić tylko można.
14 kwi 2010
"Słońce" - Aleksandra Naumowicz
Patrz!
Za horyzontem zarysowała się nowa linia
Wstęgą przecięte północne niebo
Chwieje się niebezpiecznie wśród kolorowych kotar
Dajcie wyzwolić się z lin podstępu Boga
Dajcie odetchnąć powietrzem jutrzenki
Gdy melodia wiatru porusza do tańca drzewa
Nowy dzień
Jak szybko spalony szarością!
I słowem pożądającym wszechświat…
Zjedz!
Zapchaj się jabłkiem grzechu i marzeń o przyszłości
Wśród szklanych domów
Za dużo blasku
Za dużo blasku
Gdzie podziało się moje słońce?
Gdzie podziało się nasze słońce?
Za światłem gasnącego dnia może ukryte
Gdy krzyk rozpaczliwych promieni
Rozdziera brązowe, surowe konary
I jak matka głupich wabi
Czy wolno nam
Czy damy radę
Czy pragniemy
Czołgać się po lepkiej ziemi?
Daj myśli, by uszyć koronkę srebrzystej pajęczyny
Która z rosą bawi się co ranek
Odetchnij przemijającym czasem
Patrz
"Ściany" - Aleksandra Naumowicz
Jakby przybysze z próżni osaczyli klatkę karabinami
Zakryci wieczną chustą
Śmierdzący zapach, którym przesiąknięte były wszystkie brudne, zaplute, zakrwawione ściany
Na horyzoncie desek
Na granicy blasku małego okienka
Majaczyła odległość
Od domu
Skrzynia z mapami przepadła
Gdy agresja nocy zgniotła krzyż
Tylko wściekłość odbijająca się od ścian
Tylko wisząca nad sufitem rozpacz
Tylko przygnieciona do podłogi słowami nadzieja
Szukasz jej?
Jak włóczęga z nosem przy marmurowej posadzce śmierci
Dasz się wzgardzić, gdy na horyzoncie obłędu pojawi się chwała
8 kwi 2010
"Pustynia" - Aleksandra Naumowicz
Słońce, jak wieczne odbicie starożytnych bogów,
Rozłożyło starannie swe promienie na falach pustyni,
Gdzie róża by swego miejsca nie odkryła.
Błękit nieba, połączony z oślepiającymi promieniami południa,
Ranił wrażliwe oczy.
Gorące powietrze nie miało, gdzie się podziać,
Dlatego wisiało martwo w powietrzu
Ani razu nie połechtane przez nawet delikatny wiatr.
Czasem spod złocistego piasku wyglądał szary,
Rozgrzany jak serca kochanków,
Kamień.
Jasne ziarenka istnym ogniem się stawały,
Gdy kto stopę swą odważył się w nich zagłębić.
Pora najwyższego słońca rozpalony do czerwoności
Węgiel
Budziła spod ciemnych zakamarków podziemnych źródeł.
Na horyzoncie majaczyła niewielka wioska,
Gdzie stały kamienne domki pod cieniami zmęczonych palm.
Ich widok wzrok,
Jakby tysiącem łez przykryty,
Rozmazał.
Czy postawiona została setki lat temu?
Czy może niedawno, aby wtargnąć z ulgą do zdyszanych piersi martwych koczowników?
Czy oaza tylko złudzeniem jest?
Czy spoczynku nikt nie zazna nigdy, a nawet dromadery padną zabite suchym powietrzem?
Delikatny ruch planet poruszył ciałem niewidzialnych kochanków.
Zjawy ksiąg.
Dusze ust.
Zeschnięty korzeń dookoła kamienia – jak korona cierniowa dookoła głowy.
Cierpienie bez perspektywy.
Muzyka rozbrzmiewała orientalnym, soczystym wdziękiem.
Gdzieś ziarenko na ziarenku uzbierało swą miarę,
A klepsydra zadrżała poruszona oddechem.
Mierząc czas do końca końców.
Do świata światów.
Do momentu kreacji nowego wczechświata i nowego boga.
Mapy zostały zagubione.
Możesz szukać drogi.
Nadaremnie, jeśli tylko zachcesz.
Niebieskie źródło przepadło w głębiach czarnych podziemi.
Gorące promienie pustynnego słońca zamroziły serce.
Zamroziły.
W ten czas milczenia.
18 mar 2010
"Feniks" - Aleksandra Naumowicz
Ciemny las kłamstw otaczał ofiarę z każdej strony
Ciężkie kroki wiatru odbijały się w jej głowie
Zostawiając co rusz bolesny ślad świadomości przeznaczenia
To właśnie jesienią
Pragnienie oczyszczającego, zimnego deszczu
Pragnienie powrotu i pozostania
Pragnienie powtórzenia i skończenia historii
Pragnienie zatopienia się bezgranicznie w oczach wilka
Pojawiło się
Ponowne umieranie i odradzanie się
Jak cyniczny feniks z popiołu
Bez skrzydeł
Uciekając pomiędzy żołnierzami kłamstw
Potykając się rozpaczliwie o każdy konar nieistotnego mchu
Krzycząc, gdy długie, przewrotne, zagubione wieki temu
Słowa
Odbijały się w umyśle, rozplatając swą pajeczynę
Przypominając i boleśnie splatając w sznur poddaństwa ręce
Jakże przyjemnym jest ból, gdy światło majaczy się na horyzoncie
I cichy pomruk drapieżnika, od którego natura
Uzależniła
Wykrzyczał szeptem marzenia z dna
A ciepły, tak okropnie ciepły, oddech
Wbijał się w złudne serce – za długo
Wilk nie słyszał dzwonów krwi, zagubiony na swej zakurzonej półce
Wiedział do czego dąży, lecz każdy krok zostawiał ślad obojętności
Gryząc dłoń, która karmiła, zostawiał na niej jadowitą ślinę
Wypalającą na czarno skórę
Chcąc, ratując, gwałcąc
Wytapiał nieświadomie, chyba, żelazne wzory
Pośród ciemnego lasu, prostych lecz przerażająco zdeformowanych kłamstw
Ofiara wiedziała
Że on cały czas tam jest
5 lut 2010
"Gdy ze śniegu słowa spadły" - Aleksandra Naumowicz
Gdy ze śniegu słowa spadły
I ze szczytów oddechu niesione grawitacją
W dół upadały
Topiąc się w papirusowych łódkach
I płynąc rzeką porywczą
Przesączoną zaklętymi umarłymi
Atrament uskrzydlił nimi papier
A te, zatargnięte przed idunniczny majestat
Zniknąć musiały
I z piskiem rozerwane, rozłupane
Na pół jak żebra ofiary „orzełka”
I na dwa skrawki pergamin został podzielony
I na dwie części młode drzewo zgniotła burza
I księżyc jęknął ogłuszony, gdy rogalik stoczył się z hukiem na ziemię
I chmury rozwiane zostały w inne strony świata przez ledwo dyszący wicher
I lądy odpłynęły na krańce różne
I wody odsłoniły oddech
I miecz pakt zawarł oddając część swych praw
I znaki wykreślone niewyraźne w mocy się stały
I pędzel swoje włosie tracił
I serce aztekowym nożem przecięte
I na dwa skrawki pergamin został podzielony
Kości zaskrzypiały ciężko skrzynią
Złączone gromem
Obudziły życie w pustyni
Gdzie setowe słońce paliło nowe źródło
Słowa spadły jak powalone ikarowym podmuchem
Wprost na przeklęty kamień
I zmuszone wiosłować dalej
Dławiły się ziarenkami zmienności
W górę się pięły
Do siedzib wieczystych unoszone przez grzech
Gdy ze śniegu słowa spadły