***
there's nothing about me in the constitution
it's all in my terms of employment
responsibilities and clauses
the Stones and safety pins
as
the State doesn't pay
the State demands your vote yesterday
I got a letter from Rakka
whose song is a con-fession
as if we were short of confessionals
what harm is it
having a clear conscience maybe only
when you believe
believe you insulted God
by not believing in God
this the only sin
and other sins
forgotten
nothing about Us in the constitution
as We don't exist existing somewhere
between
between the church and the supermarket
between folk and bananas
the commonplace week
those it concerns exist
between
between cherries and safety pins
between the countryside and clauses
but you can't hear
them hear them
instead in a cat's purr
which resonates behind silence
girls ripe for plucking
crafting helicopters and steelworks
their twinflame tongues
burning
pigeons and kites
as they say daddy as
all God's sons are all
their Mothers' sons
Piotr Kaczorowski
translated by Marek Kazmierski
***
nie ma o mnie nic w konstytucji
o mnie jest wszystko w umowie o pracę
obowiązki i paragrafy
kamienie i agrafki
bo
Państwo nie płaci
Państwo rząda głosu wczoraj
dostałem list od Rakka
którego piosenka to s-powiedź
jakby mało było konfesjonałów
cóż szkodzi mieć
czyste sumienie chyba tylko
gdy wierzy się
się wierzy że obraziło się Boga
nie wierząc w Boga
to jedyny grzech
i więcej grzechów
się nie pamięta
o Nas nie ma nic w konstytucji
bo Nas nie ma istniejemy gdzieś
pomiędzy
pomiędzy kościołem a supermarketem
pomiędzy ludźmi a bananami
tygodnia powszechnego
ci o których jest istnieją
pomiędzy
pomiędzy wiśniami i agrafkami
pomiędzy wsią i paragrafami
ale ich nie
słychać słychać ich
w pomruku kota
który rozbrzmiewa spoza ci-
-szy
dziewczyny od dziobania
tworzą helikoptery i huty
ich język z dwupłomienia
który spala
gołębie i latawce
bo mówią tatuś bo
wszyscy synowie Boży to wszyscy
swych Matek synowie
Piotr Kaczorowski
12 maj 2010
*** there's nothing - Piotr Kaczorowski
2 mar 2010
"Przepływy" - Stefan Jurkowski
oddzieleni od samych siebie
i to po wielokroć
przeszyci na wylot
obłędem
stoimy obok własnych imion
nie wiedząc
czy my to imiona czy imiona to my
gubimy własne ciała
nawet chcemy
zmieniać je – i mamy wciąż nowe
myśli odbijają się w lustrach
niczym twarze bliznami znaczone
nasze – a pożyczone
rozpoznajemy się i nie
pamiętamy i nie
jakby wszystko było takie samo
a przecież już nie istnieje nasze przyjście
na świat
gotujący się pod pokrywą nieba
ogień słońca wciąż zimniejszy
już nie istnieje tak jak my –
choć jesteśmy w kilku
osobach jednocześnie
"Wolna wola" - Stefan Jurkowski
w odwiecznym drzewie zapisane
w korze i w ziemi
w liściach i w węglu
to co już było jest dzisiaj i będzie
– wszystkie istnienia zdarzenia twarze
słowa muzyka każdy krok i losy –
tak nas zniewala konstruktorski zamysł
kto projektował nasze wszystkie dzieje
a teraz patrzy i wciąż się z nas śmieje
uparcie wierzących w swoją wolną wolę
programowani na ruch i na myśli
wciąż przeświadczeni o wielkim znaczeniu
– marzenia senne
tego co śpi wiecznie –
5 sie 2009
"Koncert świerszcza" - Eligiusz Dymowski
Moich uczuć na codzienność nie wystarczy -
zbyt porwane, poplątane,
wciąż na tarczy.
Sny za późno się spełniają
albo wcale.
Wciąż te same dni i noce
odmierzane.
Jakby jeszcze było mało: ktoś odchodzi.
Gubi słowa, aby wyznać najważniejsze.
To co proste miało być –
pozakrzywiane.
To co śmieszne, już nie śmieszy,
bo wyśmiane.
Jeszcze jakiś zapach kwiatów,
zasuszonych wraz z miłością co umarła.
Niech ten koncert się zakończy,
bo nie można żyć tęsknotą tak – u diabła!
26 mar 2009
"Mierzenie przestrzeni" - Eligiusz Dymowski
niosę krzyż
obijany drobiazgami
w biegu
upocony
utrudzony
z rękami bezradności
a Ty
przy wieczornym rachunku sumienia
podpowiadasz
że wcale nie tędy
prowadzi droga na
Golgotę
Kraków, 15 listopada 2006
23 mar 2009
"świat literaty" - Piotr LKaczorowski
świat literaty
nie jest światem bankietów
świat literaty to te okno
przez które patrzy na las
w wyjątkowe dni przy zachodzącym słońcu
las przepołowiony jest na dwie części
przygaszonej zieleni i złotej zieleni
a nad tym błękit widnokresu
czasami zdarzają się dni
najczęściej burzowe w lecie gdy
niebo jest brunatne błękitne z piórami poszarpanej bieli
świat literaty to te okno
pomiędzy framugami stoi lustro
aby nie zapomniał kim jest
trochę książek
słownik angielskiego bo to warto znać
trochę poezji trochę prozy
Hrabal ze swoim poczuciem humoru
kotami żoną i miastem
Houelleback ze swoim życiem brzydkiego playboya
choć osobiście woli erotyzm Kundery
którego książki są jak pierwsze wiersze nastolatków
takie erotyki dla sentymentalnych dorosłych
Maliszewski „Rozproszone głosy”
bo wszystko jest jakieś pęknięte na drobiny
zwłaszcza lustra gdzie zawsze widzisz kogoś obcego
i tylko chcesz patrzeć na siebie gdy głaszczesz kota
Miłosz bo to Miłosz
gdzieś w drugim pokoju leży zdjęcie wnuczki Miłosza
piękności o chłopięcych nordyckich rysach
choć z tą amerykańską powściągliwością kobiet
Piasecki bo opowiadał o nim człowiek który mieszkał w akademiku
a literat lubi śpiewać pod prysznicem
mimozami jesień się zbliża i to Ty przychodziłaś do akademika
trochę poezji
Lorca Wierzyński Apollinaire
Broniewski bo deptał beton
i słownik do francuskiego
bo Milan Kundera i Simone de Beuvoire
a obok butelka z namalowanym kwiatem z świeczką u nasady
a obok zdjęcie ukochanej pary
a obok reprodukcja Malczewskiego
a obok zdjęcie Mamy
a obok papierosy
i wszędzie wszystko na około
a literat przy maszynie pisze i myśli
o narzeczonej
o sklepikarzach
drapie się po głowie i zapala kolejnego papierosa
pisze co mu w duszy gra
patrzy się w lustro i na las
pisze na maszynie gdzie nie działa zadziwiająco ‘a’
wstaje rozpędza się podnosi się patrzy jeszcze raz w lustro
wstaje i dzwoni do narzeczonej
a potem głaszcze kota
a potem je posiłek z narzeczoną
a rano idzie i jedzie i idzie
zarabiać pieniądze
na to co jest i leży
w obowiązku mężczyzny
ot to życie literaty
21 mar 2009
1983 - Marek Czuku
to były piękne dni
gdy podziwialiśmy się nawzajem
ten przedziwnie uroczy świat
miękkie puszyste listki
czerwono-żółte kwiaty
i niesamowity zapach jaśminów
w parku poniatowskiego
to musiało się kiedyś zdarzyć
ale przecież wiesz że to
nie może być prawda
20 mar 2009
*** - Piotr Kaczorowski
spacer po Nałęczowie
Nowy 2009 Rok
wyludniony pejzaż
aż przyjemnie
aż wreszcie
człowiek czuje się jak słup
a nie jak collage
ścinków i wyrywków
Nałęczów kilka zdjęć
dla pamięci i próby patrzenia
przez pryzmat koloru
światła i cienia
w Ewelince
gdzie tworzył Prus
wspomnienia
literaci i dziennikarze
nosili czarne golfy
a ja czarną opaskę na nadgarstku
i biały golf
bo mówi
nawet bez białego golfa
wyglądasz jak diabełek
obraz cygana sprzedali
autorstwa jednego aktora
i poszliśmy z siatką pełną chleba
kawy i jogurtu
bo znamy swoje kieszenie
pełne papierosów
Nałęczów, styczeń 2009
19 mar 2009
"Polonia Restituta" - Marek Czuku
To awangarda – mówi smakosz
Robbe-Grilleta, ostryg, Kandinsky’ego,
Paryża, Johny Walkera, Nowego Jorku.
To naprawdę niesamowite –
mówi kobieta w toalecie
Coco Chanel.
W tym coś jest –
mówi wydawca w trakcie zmiany
skóry.
Maszeruje ariergarda.
Bije werbel –
kaszle zapóźniony przechodzień.
"Przezroczyści" - Marek Czuku
Mimochodem przechodzimy do historii.
Zwykli i codzienni wypełniamy szpalty gazet
(bywa, że ktoś weźmie nas za Kościuszkę).
Idealnie przezroczyści
mijamy się na wąskich kładkach.
Towarzyszą nam słowa –
nie zawsze godne i dyplomatyczne.
Uodparniamy się na światło,
które bez znieczulenia dotyka świata.
Rozwijamy nauki.
Złote lata przeżywają
matematyka i leksykologia,
choć i je drąży śmiertelny bakcyl.
Kapitulujemy tylko raz,
gdy już nie mamy innego wyjścia.
Za oknem burza.
"Kabaret La Strada" - Marek Czuku
Za plecami czai się oddech.
Bajkę znów snuje Puszkin.
Wszędzie tupot białych mew.
Dobry smak traci język.
Etos wznosi wieżę z betonu.
Niczego nie przenosi wiara.
Romans grozy cofa milenium.
Rzeki i ludzie tracą horyzont.
Występują...
Pada suchy strzał.
Bełkot.
11 mar 2009
"Elijana" - Leszek Żulinski
Agnieszce Wesołowskiej
Elijana to miasteczko usypane przez morenę
i zasypane przez czas.
Można tam spotkać Małgorzatę jak co dzień
idzie z koszykiem po pęczek polszczyzny
niezbędnej do ugotowania zupy poezjowej
niczym włoszczyzna do rosołu.
W Elijanie mieszka Jasieniek.
On patrzy na nią przez szpary w żaluzjach marzenia
i rozpływa się w schizofrenicznej wibracji
młodzieńczych pożądań; powietrze niesie bryzę
jego erotycznych westchnień.
Ludzie szepczą po kątach o wszystkim,
czego nie rozumieją,
bo w Elijanie ludzie są tacy jak wszędzie,
a widok odmieńców spędza im z oczu sen
i miłosierdzie.
Małgorzata za wszelką cenę
chce wyjechać w świat, porzucić sen o Jasieńku,
ciemną zieleń Pomorza i złotą nadzieję piasków;
chce podnieść żagle i popłynąć w ramiona
miłości.
A przecież miłość wszędzie taka sama:
za późna na Jasieńka
za wczesna na Fausta.
Miłość wszędzie się mija
jak Małgorzatę na ulicy w Elijanie,
a gdy się człowiek obróci,
nie ma już nikogo;
w powietrzu bryza wspomnienia,
za nią niewidoczna, coraz bardziej
niedorzeczna
młodość.
"Lot dzikiej gęsi" - Leszek Żuliński
Tamtego dnia
Małgorzata podeszła do mnie z takim impetem,
jakby z góry wiedziała, co ma się stać;
z jej ramion zsunęły się brokaty
aż jasność różowego ciała zakuła w oczy
nawykłe tylko do przepatrywania nocy;
czułem pragnienie, które parowało każdą szczeliną jej skóry,
czułem ten dziwny dreszcz, który przebiegał
przez jej kręgosłup,
wpadał między pośladki
i ginął w grząskim moczarze,
skąd dochodziło echo mojego skomlenia.
Kiedy odbiliśmy się od podłogi,
świat wstrzymał oddech,
gwiazdy zaczęły spadać z sufitu na łeb na szyję,
ściany zawirowały jak oszalałe,
don kichot ruszył do szarży
w niemej dzielności
i zapamiętaniu.
Włosy Małgorzaty
tańczyły jak witki wierzby
przeczuwające nawałnicę;
od jej warg odrywał się daleki grzmot,
coraz wyżej szybowały uda rozłożone do lotu,
i nagle z ust dobył się krzyk dzikiej gęsi,
która odbija się od tafli jeziora i wznosi
ku kłębom nadchodzącej burzy.
Potem leżeliśmy obok siebie dysząc.
Małgorzata wyszarpywała pazury z moich pleców,
czesała nastroszone pióra
i gęgała mi do ucha
swoje codzienne
głupstewka.
"Droga do Wiednia" - Leszek Żuliński
Tego majowego poranka zajechał powóz
i Faust z Małgorzatą usadowili się na kanapie,
patrząc jak ich kufry lądują na dachu pojazdu,
potem lekkie szarpnięcie i droga na wschód
zaczęła odwijać się jak rolka z filmową taśmą
(co wynaleziono dopiero czterysta lat później, ale przecież
wszystko ma swój początek nie w faktach, lecz w ideach).
Ze Staufen do Wien było pięć dni jazdy, czyli
podskakiwania na wybojach,
pojenia koni w przydrożnych korytach,
jedzenia w tanich oberżach i przysypiania
na niewygodnej ławce karety lub w gasthausach
rozsianych po drodze.
Oboje jechali gdzie indziej.
Ona chciała dotknąć pępka Europy, zobaczyć szaty
wiedeńskich mieszczek, przejść się po promenadzie nad Dunajem
i zamoczyć koniuszki palców w kamiennej chrzcielnicy Stephansdom,
o którego koronkowych ścianach wieść docierała aż do Renu,
jak i o licznych heurigenach na skraju Wienerwaldu,
gdzie ponoć wino prześcigało mozelskie aromaty;
tak, popatrzeć na inne życie, na innych mężczyzn, na inne kobiety
to tak jakby odbyć drogę na skraj sennej zagadki.
On jechał w głąb siebie.
Każdy wykrot drogi, każdy podskok koła na kamieniu
to było liczenie niespełnień; życie terkotało
jak projektor filmowy w starym kinie, zapach spoconej końskiej
sierści, świst bata, przekleństwa woźniców, cały ten jazz
grał mu w uszach jak urwana melodia przeszłości.
Dłoń Małgorzaty podskakiwała w jego dłoni, a może to serce
obijało się między gardłem a żołądkiem, może to całe życie
chciało się wyrwać na zewnątrz, ale jak tu się rozstać, kiedy
ona jedzie do nieba, jak tu skręcać w infernum,
kiedy ona odwija drogę ku nadziei;
więc jeszcze krok
w stronę idei, wbrew faktom, wbrew wszystkiemu.
9 mar 2009
"Wróć" - Lidia Żukowska
dam ci to wzgórze
z wiatrem wirującym
i ten dąb z chichotem ptasim
jeśli chcesz
i tę chmurę z głową panny
na wysokim niebie
możesz dostać loty bocianie
najpiękniejsze z ptasich lotów
jeśli chcesz
i pocałunek o poranku
pachnący ziołami
dam ci to wszystko
tylko wróć
"Requiem dla rodziców" - Lidia Żukowska
dzisiaj taka cicha jest noc
i pada śnieg
widziałam kiedyś biel
w światłach reflektorów
czekałam z nosem w szybie
na świętego Mikołaja
gwiazdy spadające z nieba
słały drogę dla świętego
ale on nie przyszedł
przyjechali Niemcy
i zabrali Ojca
i ojca Kaśki
i ojca Barbary
i ojca Teresy
i ojca ...
potem na drodze
stała Matka
Niobe zasypana śniegiem
śnieżne gwiazdy
gasiła noc
wracały do nieba
tylko mróz
grał na łzach
spadały
po twarzy
kulami
"Noś się wysoko" - Lidia Żukowska
noś się wysoko córeczko
jedząc nędzną skórkę chleba
na koronkowym obrusie
noś się wysoko dziewczyno
gdy miłość cię zdradzi
noś się wysoko kobieto
jeśli cię ludzie odepchną
noś się wysoko zawsze
nawet jeśli wdepczą cię w błoto
7 mar 2009
* * * - Wojciech Hieronymus Borkowski
Samuel Beckett podróżuje
wagonem klasy drugiej
okazuje się
że mówi świetną niechlujną polszczyzną
zapatrzony głęboko
w najpłytsze kąty
odgarnia wizjami
zwierzenia zachrypiałego blondyna na kacu
wystarczy przewertować twarze
by odczytać całą historię świata
od Talesa zaczynając do Joyce’a i Ionosco
a potem zwinąć mapę zmarszczek
i postawić obok krawędzi
skruchy i niedowładu
jest okazja żeby zapytać
o zepsute kraty
obolałe pleśnią
teraz Beckett odsłania
zawarowany wojskową kurtką
fragment okna
lecz zobaczy tam wyłącznie
szybę
Godot
w końcówce
przyszedł
List do Dantona z portretu Greuze’a - Wojciech Hieronymus Borkowski
mon cheri Georges – Jacques –
żeby nie było między nami niedomówień
la siècle lumiére nigdy nie był moją ulubiona epoką
pomnikowcy typuVoltaire Diderot Smith Franklin
wywoływali u mnie oczopląs
nie przeczę
Baal Szem Tov Giuseppe Balsamo de Sade Swedenborg
zwracali moją uwagę szukając światła gdzie indziej niż oświeceni
rewolucji francuskiej zupełnie nie mogłem strawić
ułożyć zapamiętać
( być może z powodu długo nieuświadomionego monarchizmu )
żigolaku –
przemknąłeś się jak zaćmienie słońca
ucztowałeś królewsko pod gilotyna delektując się własnym padłem
i pijąc krew pięciominutowych pomazańców
pokazałeś tłumowi zombie język
uwodząc Przybyszewską okłamałeś interpretatorów
nauczyć się od ciebie mógłbym wiele
ale nie wiesz którymi pociągami jeżdżę
może kiedyś na Gare du Nord wspomogę cię złamanym euro
ale póki co
nie pisz do mnie przesłań nie nachodź w Arcis – sur – Aube
nie inwigiluj też Luizy Gely
szczególnie gdy próbuje wydusić ze mnie parę kropel spermy
zapal cygaro w Mulin Rouge i idź na służbę do Bocassy I –
àprés vous le dèluge – car tel est notre plaisir
4 mar 2009
"Okno z widokiem na Wezuwiusz" - Eligiusz Dymowski
Zatoka Neapolitańska nocą
wygląda jak rozżarzony krater
lawą płynące światła
przypominają pamiętny dzień
zniszczenia Pompejów
Zagłada zawsze przychodzi
w najmniej oczekiwanym momencie
Najwyborniejsze wino
usypia czujność bogów
odprawiających rytualny taniec
grzechu i śmierci
Szkielety ludzkich ciał
odarte z nagości
nie wzbudzają już odrazy ani współczucia
To co prochem stać się miało
dokonało się
Posejdon rozpoczął kolejną wojenną wyprawę
ludzie uwierzyli we własne bóstwo
nakładając koronę pysze
Tylko Ten co stworzył wszechświat
milczy
aż do ostatniego wybuchu
Apokalipsy