29 wrz 2013

"Pogoda na dziś" - Łukasz Rajmund Krawczyński




to chyba jakaś niezapowiedziana
apokalipsa
albo przedwczesna
nie wiem
pogodynka nie zapowiedziała
Bóg nie ostrzegał

może i nie dosłyszałem
w zgiełku rozmów telefonicznych
gorąca linia
piekło-ja
zerwane pertraktacje ciągną się miesiącami

nie spełniam warunku nr 1
ale rozpoczynam budowę ar ki
no ego
all true is
tyle mnie nauczyli na angielskim

trąby huknęły lub mury
runęło Jerycho spłonęła Gomora
Sodoma zrównana z ziemią

drzewa gną się w pokłonach
białe groszki wystukują hymn pochwalny
robi się coraz cieplej na przedmieściach
a centrum pożera niewiedza

jedna wielka stajnia Augiasza

"Szczury" - Łukasz Rajmund Krawczyński






płynie ta łajba
przez kurzawę
przez wielkie może
być wszystko nic
w mule po pachy

kapitan utonął pierwszy
jeszcze w porcie
kotwica była następna

maszt złamał się na mieliźnie
czy też na wysokich falach
trudno orzec
statek był pijany

majtek wyleciał za burtę

takie pojęcia jak
bezpieczna przystań przychylne wiatry spokojne wody
zatonęły
wraz ze słownikiem wyrazów obcych

na ostatniej belce
szczury ujdą
z życiem

"Jak piosenka" - Łukasz Rajmund Krawczyński



obiecała
będę cię kochać
on zmilczał
burknął coś pod nosem
i poszedł malować

zakochała się w artyście
głupia sprawa
nie mogła być szczęśliwa
nigdy nie była ważniejsza od dzieła
mistrza

płonęła jak świeca w jego dłoniach
jasno wysoko i pewnie
dopóki nie zgasła
ogarki zwykł wyrzucać

był jak piosenka
nie dawał spokoju
zarzynała się nią
zanurzała jak w wannie pełnej lepkiej krwi
nie dał się zapomnieć

spróbowali raz jeszcze
płoszyła się pod każdym dotykiem 
prószył nią jak pola śniegiem
jak siwizną włosy
rok dzielił się na dwie pory
nieprzyzwoitą i nie w porę

ponownie obiecała
będę cię kochać
aż do dnia
w którym cię znienawidzę

21 lip 2013

"Oko pszczoły' - Małgorzata Zmarlak





Poranek przymarznięty do szyb samochodów

Parapety z waty cukrowej

Oczy dziecka podążające za srebrną kredką

Na portfolio okna

Przechodnie pochowani w kołnierzach ulicy

Między drzewami szczelnie dopiętymi

Na ostatni guzik grudnia

Maluchy o rumianych tężejącym słońcem policzkach

Zwijają płatki w ciepły dywan języka

By już nie uciekły

Wieża na wybiegu wzwyż

Gubi leniwe minuty

Zapowiadając przedwcześnie obudzony

Zmierzch



Zima



"Janek" - Małgorzata Zmarlak




Lubił nietypowe słowa



Jak gdyby ze słownika synonimów

Wybierał przedostatni wyraz



Wojnę nazywał inwazją

Deszcz spolszczał do regeniku

A kubek talerz nóż były rynsztunkiem

Niezbędne uzbrojenie na dzień



Nawet koło jego domu rosły tylko przylaszczki

I lwie paszcze

Posadzone równolegle na onomatopeicznych grządkach

Jakby zwykła stokrotka naruszała ustalony porządek

Mimo iż Bellis przywołuje piękno



Pospolitość była jak grzech

Plama na wyprasowanym kołnierzyku

O której długo przypominały pręgi na dziecięcym ciele



Tylko koniec świata nastał zwyczajnie

(przeprawa przez sen gdzie rzeki składają się tylko z odpływów)

Jak przekręcenie kluczyka w stacyjce

Gdy świeżo naoliwiony zamek

I ta pewność że zdąży się na czas



"Łąki wiosną palone" - Łukasz Rajmund Krawczyński





Uwielbiam

łąki wiosną palone

wstrząsane dreszczem dopełnienia nim osiągną świadomość

nim zdążą przetrzeć rozespane oczy i stanąć na nogi

kostniejące

rozwijający się kręgosłup na nic

same sobie nie pomogą



Ubóstwiam

ten wdzięczny swąd poziomowy

który wdziera się w nozdrza

wierci drogę do sprzeciwu

i znaleźć go nie może

unosi się żwawo w pierwszym

ciepłym powiewie

ze skargą ich dusz niemą

kierowaną do Boga



O ciarki mnie przyprawia

ten kolor różny od gleby tylko o zero przecinek zero zero siedem



Kocham tę nonszalancję

z jaką płoną

kolejno

ten alarm wznoszony

dopiero gdy lasy w ogniu stoją





"Warszawski park późną jesienią" - Łukasz Rajmund Krawczyński




zamoknięty opuszczony

o ławce zabazgranej sprejem

śmietniku wyrwanym i porzuconym w klomb



gałęzie zmęczonych drzew

słaniają się ku ziemi

przygniecione koniecznością istnienia

któregoś dnia dźwignęły się

ze skargą do świata

i wiatr je połamał



warszawski park

późną jesienią

o zmurszałej tablicy pamięci

i ziemistej cerze między wybrakowanym chodnikiem



stawy dwa zmętnione

o zapadającej się głębinie

znużone oczekiwaniem na zanurzenie

boją się światła sąsiadujących latarni

zgrabiałe schody po drugiej stronie

prowadzą już tylko w dół



warszawski park późną jesienią

kuli się od aury jesiennej

i w smutnym chłodzie

jeszcze przed śmiercią

umiera